środa, 13 lipca 2016

mój kompleks

Czyli brak dyplomu wyższej uczelni. Dwa lata temu nie udało mi się go zdobyć, bo nie zdałam jednego egzaminu. Oczywiście ustnego. Gdyby był pisemny, jestem przekonana, że dałabym radę. Pisać mogę wszystko. Z pisemnych prac, zwłaszcza ostatnio, dostaję znacznie lepsze oceny, niż z ustnych. Moje ostatnie prace semestralne i roczne zostały ocenione na piątki. Ale egzaminy ustne to w moim wydaniu porażka zawsze. Jeśli umiem na 5, dostanę przy dobrych wiatrach 4, a ucieszę się z 3.

Podjęłam ostatnią próbę zaliczenia tego cholernego roku na polonie. Wszystko poszło łatwiutko. Musiałam się pogodzić z tym, że choć w realu poprzednio nie zdałam tylko jednego przedmiotu, to muszę w tym roku zaliczyć jeszcze cztery, bo różnica programowa, bo za starego programu przedmioty kończyły się formalnie zaliczeniem na ocenę, a teraz egzaminem, choć okazało się, że ów egzamin jest dokładnie taki sam, jak zaliczenie, które pisałam dwa lata wcześniej...

Na sam koniec przyszedł czas na egzamin, po którym miałam poprzednio dwuletnią traumę. Nie mogłam jeść przez trzy dni wcześniej, dostałam gorączki, czułam, że coraz mniej potrafię wydobyć z głowy. Choć uczyłam się znacznie więcej, przeczytałam znacznie więcej, przygotowywałam się do zajęć znacznie lepiej, byłam bardzo aktywna na zajęciach, czyli teoretycznie powinnam dziarsko iść po piątkę z plusem, odpowiadałam równie żenująco, jak dwa lata wcześniej. I już pewna, że dyplom oddala się w kierunku zachodzącego słońca, usłyszałam: "No, bardzo mnie Pani rozczarowała, muszę postawić czwórkę". ??? Czyli że co? Po co były te dwa lata? Wystarczyło zdawać u innego egzaminatora, żeby zaoszczędzić sobie czasu, pieniędzy, nerwów?

Egzaminy ustne są bardzo niesprawiedliwe. Nie są w stanie tak przekrojowo i obiektywnie sprawdzić wiedzy studenta. Czemu tak bardzo trzymają się tych ustnych z historii literatury, tego nie rozumiem. Bo tu tylko chodzi o sprawdzenie wiedzy, a nie o żadne inne umiejętności, typu odporność na stres, czy zdolność autoprezentacji.

No, ale cóż. Z pewnym niesmakiem i bez satysfakcji, mam najgorszy egzamin w życiu zdany. Tak bardzo tylko szkoda tych dwóch lat kompleksu "naprawdę jestem takim tłokiem, że tego nie zdałam, skoro tak mało rozgarnięte dziewczyneczki dały radę?"...


A Misiaczek mój? Górki i dołki. Raz doprowadza mnie do szału złości, a raz do szału uwielbienia. Czyli norma. Jest wspaniały i co tu więcej dodać.