środa, 2 grudnia 2015

lukier niskoglikemiczny ;)

Nie będzie o diecie cukrzycowej, a przynajmniej nie tylko.

Chodzi o wyobrażenia i opisy macierzyństwa, których pełno w internetach, poradnikach, telewizorach. Wszędzie. Każdy ma swoje, jedyne słuszne zdanie na ten temat i czuje się w obowiązku nim podzielić. Oczywiście - jakże mogłabym się wyłamywać ;).

Są dwa skrajne trendy - macierzyństwo bez lukru i macierzyństwo don't-worry-be-happy (moja inwencja, nie ma chyba oficjalnych nazw dla tych "prądów", choć teraz wszyscy wszystko badają i piszą o tym licencjaty, więc kto wie...).

Tak zwane macierzyństwo bez lukru to taki sposób opisywania macierzyństwa, który uwzględnia zarówno przyjemne, jak i nieprzyjemne strony życia z dzieckiem, nie omija kwestii trudnych, bolesnych, obrzydliwych, pozwala dać ujście negatywnym emocjom, daje usprawiedliwienie matkom, którym trudno osiągnąć podręcznikowy ideał wychowawczo-pielęgnacyjny względem swojego dziecka. W czasach, gdy bardzo często młode matki muszą radzić sobie samodzielnie (nie mają blisko swoich mam, cioć, sióstr i innych kobiet, na których wsparcie liczyły wcześniejsze pokolenia), myślę, że taki sposób wyładowania się i przepracowania swoich stresów jest uzasadniony i w porządku. Jasne, dobrze jest jednak nie epatować swoimi udrękami zawsze i wszędzie, a więc znaleźć jakiś kanał, który nie narzuca się bez pytania tym, którzy nie mają ochoty dowiadywać się o ciemnej stronie mocy. Ja raz doświadczyłam tego, że zbyt impulsywnie wklejony link na fb, w którym matkojedyna (taka blogerka) opowiada prześmiewczo, kabaretowo brutalnie o swoich doświadczeniach, może naprawdę kogoś, kto nie ma dzieci, przerazić. Dlatego ja mam blog, nie udostępniam go prawie nikomu, jeśli ktoś przez przypadek wejdzie, to wejdzie, a jak w statystykach puchy, to nie mam z tym problemu, bo ten blog jest dla mnie. To mój pamiętnik.
Natomiast lubię dosyć ten nurt, bo dzięki niemu widzę kobiety, które mają te same problemy, co i ja. Widzę, że można sobie z nimi nie radzić, nie przestając być niezłą matką. Bardzo często te kobiety dzielą się swoimi rozwiązaniami, a to jest praktyczne zastosowanie tych tekstów. 
Każdy też radzi sobie inaczej ze stresem, z lękami. Ja lubię poznać zawczasu wszystkie opcje - i korzystne, i niekorzystne, żeby najwyżej pozytywnie się "rozczarować". Mnie nie stresuje poznanie negatywnych, obrzydliwych i potencjalnie bolesnych kwestii z czymś związanych, przeciwnie - uspokaja. Uspokaja posiadanie wiedzy. Wiem, że wiele osób ma inaczej. I staram się pamiętać, powściągliwiej opowiadać, najpierw wyczuć z jakim typem mam do czynienia.

Drugi typ - macierzyństwo don't-worry-be-happy polega na tym, że kobiety piszą i mówią pięknie o swoim doświadczeniu, jako nieograniczającym ich wolność, zainteresowania, pasje, po prostu życie. I przepięknie! Zazwyczaj (z moich obserwacji) mają jedno dziecko, które nie sprawia żadnych większych problemów życiowych (śpi, dobrze je, jest pogodne, współpracujące pod każdym względem). Wszystko byłoby naprawdę super, tylko taki pozytywny przekaz oprócz bycia świetną inspiracją, może też kłuć w oczy, może dobijać te kobiety, które nie śpią po nocach, (nie dlatego, że taką mają fantazję, ale że, pomimo najróżniejszych działań zaradczych, ich dziecko po prostu nie śpi w nocy i koniec). Żeby nie było - ten nurt też lubię, bo, jak wspomniałam, takie przykłady dają nadzieję, inspirują, mówią: odwagi, jest fajnie.

Jeśli JEST? jakiś problem, to w braku delikatności i chęci zrozumienia jednych dla drugich. Tylko że to już zupełnie inna kwestia, związana po prostu z życiem w społeczeństwie. 

Osobiście, ponieważ (nie)stety nam się na początek trafił trudny okaz, łączę się z bezlukrowymi matkami. Tymi, których dzieci nie dały spać przez dwa lata (u nas z okładem), których dzieci to niejadki (to duży problem, zwłaszcza na wyjeździe), które musiały (bo dziecko małe i pediatra każe) karmić dziecko piersią prawie non-stop przez kilka tygodni, a potem te dzieci się przyzwyczajają i trudno wyregulować to karmienie do takiej ilości, która by dawała poczucie komfortu matce itp. 
A trzeba dodać, że dopóki młody się nie wyodrębnił z brzucha, zdecydowanie wyobrażałam sobie, że nic się drastycznie nie zmieni, że jest tyle cudownych metod wychowawczych, że te kobiety narzekające po prostu sobie nie radzą i nie potrafią zajrzeć do odpowiednich książek. Przecież wszystko tam jest napisane, co i jak trzeba robić. Więc tylko to robić! Co za problem! No... To potem się okazało, co to za problem. Miałam być taką fajną miastową mamuśką, ale nie wyszło. Bo...

...Paulo Coelho rzekłby: RÓŻNIE TO BYWA... ;). Babki nasze z kolei: z temi dzieciamni! 

No, ale tak jest. Różni są rodzice, różne trafiają się dzieci.

wtorek, 1 grudnia 2015

kronikarstwo

Mój syn ma dwa lata i osiem miesięcy. Niby powinnam doskonale pamiętać wszystko, co się w tym czasie wydarzyło, a przynajmniej dużo. To w końcu nie tak długi okres. I sporo pamiętam. Najbardziej to, co było dla mnie trudne. Albo nieprzyjemne. Więc oczywiście TO-TAL-NE niewyspanie i to DWULETNIE. Ból karmienia piersią. Nieumiejętności wszelkie. Beznadziejne spacery z miśkiem w wózku (nienawidził wózków, dopóki nie przesiadł się w spacerówkę twarzą do świata, a i to nie do końca). Brak życia kulturalno-towarzyskiego (bo NIE SPAŁ, więc nie dało się nikogo do niego zaangażować i sobie iść, to raz, a dwa - my nie mieliśmy siły balować, bo byliśmy niewyspani).

Wczoraj przejrzałam foldery z tych pierwszych miesięcy jego życia i uderzyło mnie, gdy oglądałam filmiki, że już go takiego nie pamiętam. Nie pamiętam tego rozbawionego pulpecika z blond loczkami i oczami na pół twarzy. Nie pamiętam tych chwil zwykłych, szczęśliwych, których jest całe mnóstwo. Takie momenty, że patrzę na niego, nic szczególnego się nie dzieje, ot jak zwykle coś broi, a ja czuję pełnię szczęścia.

I dlatego bardzo się cieszę, że mam duszę kronikarza. Tata miś zupełnie o takie rzeczy, jak zdjęcia i filmy, nie dba. Gdyby mnie nie było, to ani on, ani ten dzieciak nie mieliby jednej foty. A przecież obejrzeć sobie po jakimś czasie takiego kurczaka półrocznego, gaworzącego, niezdarnie usiłującego się przemieszczać, to jest ogromne wzruszenie.