wtorek, 24 lutego 2015

świat się nie zawalił,

a dziecko nie nosi znamion demoralizacji (jak jego matka) z powodu iż nie zasypiało w łóżeczku.
 
Czyli dziś o tym, żeby nie robić ciśnienia z tym zasypianiem.
Och, jakżesz wstyd było mamie misi, gdy musiała w towarzystwie przyznać, że jej miś nie zasypia sam w łóżeczku! Żeby jeszcze zasypiał w wózku na spacerze. Tak też zasypiał, ale tylko ciepłą porą. Najpierw, przez pierwszy rok jego życia, zasypiał albo przy cycku (haniebne!), na rękach (patologia!) lub ewentualnie w wózku (no, ewentualnie). Potem, gdy cycek (zaskakująco bezproblemowo, przypadek?) się skończył, zasypiał na rękach i w wózku (dopóki było ciepło).
I tak do niedawna.
Gdzieś od dwóch tygodni zaczął zasypiać w łóżeczku. Bez płaczów, spazmów, buntów (a to przecież 22 miesiąc). Po prostu. Tak samo było z cyckiem. Do pewnego momentu ssał jak szalony, tak że pierwszą miesiączkę dostałam po ponad roku od porodu. A pewnego dnia, jakoś oboje się niewerbalnie dogadaliśmy, że pora na zmianę. Jakoś wyczułam, że może już. I teraz tak samo. Przyszedł czas, miś dał mi znak ;). Nie wiem jaki. Ale któregoś dnia stwierdziłam, że dziś spróbujemy inaczej.
Pewnie, że byłoby nam prościej, gdyby zasypiał tak zawsze. I gdybym się bardziej postarała (czyli była odporniejsza na jego płacz i wyciąganie rączek), to zmusilibyśmy go szybciej, wytresowalibyśmy, wytrenowalibyśmy. Ale jakoś cieszę się, że tak nie było. Że musiałam się wstydzić, jak bardzo nie ogarniam. Bo teraz widzę, jak to wszystko naturalnie postępuje. Miś miał kiepsko w moim brzuchu, ciąża była powikłana, musiałam brać dużo różnych leków i trzy miesiące leżeć. Poród przez cesarskie cięcie, tydzień przed terminem, planowa operacja, akcja porodowa jeszcze się nie zaczęła. Nie dziwne, że był niedokołysany, że potrzebował bliskości, wtulania, ssania.
 
Poradniki można i warto czytać. Ale równocześnie pamiętać należy, że najważniejsze są potrzeby misia, niepowtarzalnego, który ma niestandardową historię i płodową, i połogową, i niemowlęcą, który ma rodziców z takimi a nie innymi ograniczeniami, generalnie - powtarzam jak mantrę - KAŻDE DZIECKO JEST INNE, każda rodzina jest inna. I jeśli ktoś coś powinien już robić, to mama i tata - kochać dziecko, wsłuchiwać się w nie, mądrze i niezależnie reagować na jego potrzeby.

niedziela, 15 lutego 2015

drobiazg świergoli

Jestem mamą misią. Czyli że mam misia małego w domu. Mały miś świergoli. Nie gada. Nie chce albo się wstydzi. Umieć - by umiał. Bo - czy mu za mało śpiewamy? A skąd! Czy za mało czytamy? Gdzie tam! Gadam do niego dużo, ale nie zagaduję (babcia to tak, jak najchętniej, powtarzać w kółko po milion razy). Jedyny mój grzech - puszczam mu dość sporo bajek. Ale niestety, nie umiem, jak w podręcznikach każą, być pomysłowa, zaangażowana, zawsze uśmiechnięta i spokojna codziennie od rana do wieczornego kąpania (bo tyle czasu jestem sam na sam z misiem), do tego zimową porą (spacery nie za koniecznie, plac zabaw odpada, sale zabaw ostatecznie, ale to zeeebraaaać się trzeba) i jeszcze zabawiać misia znudzonego już dobrze znanymi zabawkami, książeczkami.
Ale bez przesady, samo puszczanie bajek nie zrujnowałoby dążeń werbalnych dziecka. Ot, cóż, takie ma oprogramowanie.
 
Właśnie. Sprawa najważniejsza w całym tym przedsięwzięciu zwanym WYCHOWANIE.
Każde dziecko ma inne "oprogramowanie". Od poczęcia. Każde w innym tempie zalicza kolejne kroki rozwojowe. Jasne, rodzice swoje też dokładają. Ale też każdy rodzic jest inny, każda rodzina ma inne warunki, inne doświadczenia, inne pomysły. Niby jasne, ale ile razy dostaję komunikaty (nie zawsze wypowiedziane wprost, bo nie wypada), że miś powinien już coś robić, a nie robi, że, wzorem starszego znajomego dziecka znajomej mamy, na pewno zacznie coś robić wtedy a wtedy oraz w ten a nie inny sposób, że gdybym się bardziej wczuła, to już by to robił itp.
 
Oprogramowanie mój miś ma takie, że z każdym krokiem rozwojowym zwleka, mimo że już dużo wcześniej daje nadzieję na szybkie opanowanie jakiejś umiejętności. Ze świergoleniem było tak, że już jako trzymiesięczniak gaworzył i wydawał dźwięki odpowiadające niemal wszystkim spółgłoskom. Po szóstym miesiącu zamilkł. A raczej posiadł nową umiejętność - prukanie, frukanie z pluciem ;) i tak mu się to spodobało, że do tej pory nie powrócił do tych głosek, które wypowiadał dawniej. Jeśli do drugich urodzin nie zacznie wypowiadać celowo i świadomie chociaż kilku wyrazów albo dziecięcych słów wyrazopodobnych, to jasne, pójdę do logopedy, ale na razie muszę czekać cierpliwie i zachęcać go do gadania.
 
Po co o tym napisałam? Żeby mamy podobnych cwaniaków nie czuły się osaczone przez dumne mamy dzieci co to mówią pełnymi zdaniami i w ogóle są hej-do-przodu w każdej dziedzinie. To nie zawody. Pamiętajmy o tym i przytulmy z tej okazji (każda okazja jest dobra) nasze łobuziaczki świergolaczki.