środa, 2 grudnia 2015

lukier niskoglikemiczny ;)

Nie będzie o diecie cukrzycowej, a przynajmniej nie tylko.

Chodzi o wyobrażenia i opisy macierzyństwa, których pełno w internetach, poradnikach, telewizorach. Wszędzie. Każdy ma swoje, jedyne słuszne zdanie na ten temat i czuje się w obowiązku nim podzielić. Oczywiście - jakże mogłabym się wyłamywać ;).

Są dwa skrajne trendy - macierzyństwo bez lukru i macierzyństwo don't-worry-be-happy (moja inwencja, nie ma chyba oficjalnych nazw dla tych "prądów", choć teraz wszyscy wszystko badają i piszą o tym licencjaty, więc kto wie...).

Tak zwane macierzyństwo bez lukru to taki sposób opisywania macierzyństwa, który uwzględnia zarówno przyjemne, jak i nieprzyjemne strony życia z dzieckiem, nie omija kwestii trudnych, bolesnych, obrzydliwych, pozwala dać ujście negatywnym emocjom, daje usprawiedliwienie matkom, którym trudno osiągnąć podręcznikowy ideał wychowawczo-pielęgnacyjny względem swojego dziecka. W czasach, gdy bardzo często młode matki muszą radzić sobie samodzielnie (nie mają blisko swoich mam, cioć, sióstr i innych kobiet, na których wsparcie liczyły wcześniejsze pokolenia), myślę, że taki sposób wyładowania się i przepracowania swoich stresów jest uzasadniony i w porządku. Jasne, dobrze jest jednak nie epatować swoimi udrękami zawsze i wszędzie, a więc znaleźć jakiś kanał, który nie narzuca się bez pytania tym, którzy nie mają ochoty dowiadywać się o ciemnej stronie mocy. Ja raz doświadczyłam tego, że zbyt impulsywnie wklejony link na fb, w którym matkojedyna (taka blogerka) opowiada prześmiewczo, kabaretowo brutalnie o swoich doświadczeniach, może naprawdę kogoś, kto nie ma dzieci, przerazić. Dlatego ja mam blog, nie udostępniam go prawie nikomu, jeśli ktoś przez przypadek wejdzie, to wejdzie, a jak w statystykach puchy, to nie mam z tym problemu, bo ten blog jest dla mnie. To mój pamiętnik.
Natomiast lubię dosyć ten nurt, bo dzięki niemu widzę kobiety, które mają te same problemy, co i ja. Widzę, że można sobie z nimi nie radzić, nie przestając być niezłą matką. Bardzo często te kobiety dzielą się swoimi rozwiązaniami, a to jest praktyczne zastosowanie tych tekstów. 
Każdy też radzi sobie inaczej ze stresem, z lękami. Ja lubię poznać zawczasu wszystkie opcje - i korzystne, i niekorzystne, żeby najwyżej pozytywnie się "rozczarować". Mnie nie stresuje poznanie negatywnych, obrzydliwych i potencjalnie bolesnych kwestii z czymś związanych, przeciwnie - uspokaja. Uspokaja posiadanie wiedzy. Wiem, że wiele osób ma inaczej. I staram się pamiętać, powściągliwiej opowiadać, najpierw wyczuć z jakim typem mam do czynienia.

Drugi typ - macierzyństwo don't-worry-be-happy polega na tym, że kobiety piszą i mówią pięknie o swoim doświadczeniu, jako nieograniczającym ich wolność, zainteresowania, pasje, po prostu życie. I przepięknie! Zazwyczaj (z moich obserwacji) mają jedno dziecko, które nie sprawia żadnych większych problemów życiowych (śpi, dobrze je, jest pogodne, współpracujące pod każdym względem). Wszystko byłoby naprawdę super, tylko taki pozytywny przekaz oprócz bycia świetną inspiracją, może też kłuć w oczy, może dobijać te kobiety, które nie śpią po nocach, (nie dlatego, że taką mają fantazję, ale że, pomimo najróżniejszych działań zaradczych, ich dziecko po prostu nie śpi w nocy i koniec). Żeby nie było - ten nurt też lubię, bo, jak wspomniałam, takie przykłady dają nadzieję, inspirują, mówią: odwagi, jest fajnie.

Jeśli JEST? jakiś problem, to w braku delikatności i chęci zrozumienia jednych dla drugich. Tylko że to już zupełnie inna kwestia, związana po prostu z życiem w społeczeństwie. 

Osobiście, ponieważ (nie)stety nam się na początek trafił trudny okaz, łączę się z bezlukrowymi matkami. Tymi, których dzieci nie dały spać przez dwa lata (u nas z okładem), których dzieci to niejadki (to duży problem, zwłaszcza na wyjeździe), które musiały (bo dziecko małe i pediatra każe) karmić dziecko piersią prawie non-stop przez kilka tygodni, a potem te dzieci się przyzwyczajają i trudno wyregulować to karmienie do takiej ilości, która by dawała poczucie komfortu matce itp. 
A trzeba dodać, że dopóki młody się nie wyodrębnił z brzucha, zdecydowanie wyobrażałam sobie, że nic się drastycznie nie zmieni, że jest tyle cudownych metod wychowawczych, że te kobiety narzekające po prostu sobie nie radzą i nie potrafią zajrzeć do odpowiednich książek. Przecież wszystko tam jest napisane, co i jak trzeba robić. Więc tylko to robić! Co za problem! No... To potem się okazało, co to za problem. Miałam być taką fajną miastową mamuśką, ale nie wyszło. Bo...

...Paulo Coelho rzekłby: RÓŻNIE TO BYWA... ;). Babki nasze z kolei: z temi dzieciamni! 

No, ale tak jest. Różni są rodzice, różne trafiają się dzieci.

wtorek, 1 grudnia 2015

kronikarstwo

Mój syn ma dwa lata i osiem miesięcy. Niby powinnam doskonale pamiętać wszystko, co się w tym czasie wydarzyło, a przynajmniej dużo. To w końcu nie tak długi okres. I sporo pamiętam. Najbardziej to, co było dla mnie trudne. Albo nieprzyjemne. Więc oczywiście TO-TAL-NE niewyspanie i to DWULETNIE. Ból karmienia piersią. Nieumiejętności wszelkie. Beznadziejne spacery z miśkiem w wózku (nienawidził wózków, dopóki nie przesiadł się w spacerówkę twarzą do świata, a i to nie do końca). Brak życia kulturalno-towarzyskiego (bo NIE SPAŁ, więc nie dało się nikogo do niego zaangażować i sobie iść, to raz, a dwa - my nie mieliśmy siły balować, bo byliśmy niewyspani).

Wczoraj przejrzałam foldery z tych pierwszych miesięcy jego życia i uderzyło mnie, gdy oglądałam filmiki, że już go takiego nie pamiętam. Nie pamiętam tego rozbawionego pulpecika z blond loczkami i oczami na pół twarzy. Nie pamiętam tych chwil zwykłych, szczęśliwych, których jest całe mnóstwo. Takie momenty, że patrzę na niego, nic szczególnego się nie dzieje, ot jak zwykle coś broi, a ja czuję pełnię szczęścia.

I dlatego bardzo się cieszę, że mam duszę kronikarza. Tata miś zupełnie o takie rzeczy, jak zdjęcia i filmy, nie dba. Gdyby mnie nie było, to ani on, ani ten dzieciak nie mieliby jednej foty. A przecież obejrzeć sobie po jakimś czasie takiego kurczaka półrocznego, gaworzącego, niezdarnie usiłującego się przemieszczać, to jest ogromne wzruszenie. 

czwartek, 5 listopada 2015

ile zabawek to już za dużo?

Nie jestem w stanie okiełznać babć. Odkąd Miś zdecydowanie pokochał samochodziki, babcie ciągle mu je przywożą. Ma ich już, no, z trzydzieści do czterdziestu sztuk. A to same samochodziki. Klocków najróżniejszych też się oszałamiająca ilość wala po podłogach. Ale klocki to fajne zabawki, ich może mieć dużo. Jest jeszcze mnóstwo różnych zabawek, głównie kiepskich, w tym pierdółki z jajek-niespodzianek, dużo fajnych maskotek, którymi nie chce się bawić, oczywiście playdoh i akcesoria. Jakoś muszę to ogarnąć, bo instynktownie czuję, że im mniej, tym lepiej. Ale siedzi jeszcze we mnie ten peerelowski chomik, zaszczepiony przez mamę-babcię, no i szkoda jakoś nawet chować gdzieś do szafy dla następnego potomstwa. I nie mogę się zebrać, bo może się jednak przekona i zacznie bawić??? Tak bywa. Samochodziki właśnie długo były olewane, a w którymś momencie pokochał je bezgranicznie. 

W sumie to pytanie w tytule postu jest retoryczne, bo wiem dobrze, że trzeba mu ograniczyć tę zabawkową pstrokaciznę. Ale czy mógłby ktoś mnie w tym wyręczyć? Bo jak na ten sajgon patrzę, to myślę: o nieeee, nie dziś.

środa, 30 września 2015

ze skrajności w skrajność

Chodzi o uczucia. Albo mam nagłe, ponowne, milionowe zakochanie w tym łobuziaku, albo rozsadza mnie tak, że mało nie eksploduję. Zresztą, eksplozje bywają, nie umiem czasem powstrzymać się od krzyku. Tylko ten krzyk jest poprzedzony zawsze wielokrotnymi uwagami, prośbami, przekonywaniem, aż w końcu z bezsilności wjeżdża wrzask. Wrzask jest skuteczny, choć wiem, że zły.

Niech wreszcie się skończy ten durny etap bezsensownego buntowania się! Dziś dwie godziny walczył ze snem w ciągu dnia. Czasem pozwalam mu nie spać, gdy widzę, że jest w dobrym nastroju, jest pełen energii, dobrze się bawi, oczy ma wesołe. Ale są takie dni jak dziś, że ewidentnie by się przespał i odpoczął, na oczy ledwie widzi, chodzi i jęczy, marudzi, potyka się o własne nogi, ale zasnąć za cholerę. Ani sam w łóżeczku, ani na rękach. Ani śpiewanie nie pomaga, ani cisza, ani nic. Zdążyłam w międzyczasie strasznie zgłodnieć, zrobić obiad, dać mu obiad, sama zjeść, i dopiero potem płacząc w łóżeczku padł. Nie lubię tak. Wolałabym go do niczego nie zmuszać, żeby miał fajnie w tym domu. No ale nie użylibyśmy oboje do wieczora, gdyby nie pospał.

Teraz śpi, więc i ja dobrowolnie się poddam poduszce.

środa, 9 września 2015

jak dzidziuś w wózeczku

- Skoro nie umiesz chodzić za rękę jak duży chłopiec, to będziesz nadal jeździł jak dzidziuś w wózeczku.

Nie umiem zachować cierpliwości, spokoju, pogody ducha, gdy miś odstawia cyrki na spacerze. Chciałam go odzwyczaić od wózka, bo i wózek już ledwo zipie, no i dwuipółlatek jest już na tyle "dorosły", że mógłby chodzić samodzielnie. Ale miś wykorzystuje każdą okazję, gdy jest poza wózkiem, żeby się możliwie nieustannie buntować. Najchętniej by mi ciągle uciekał. To mu sprawia największą frajdę. Pół biedy, gdy ma taką fantazję na placu zabaw (ale bez huśtawek), bo to ograniczona przestrzeń, nic mu się raczej nie stanie. Ale w każdym innym miejscu nie mogę mu na to pozwolić, bo to niebezpieczne, a poza tym musi się nauczyć kulturalnie zachowywać. Tylko że im bardziej się denerwuję, im bardziej jestem stanowcza, a nawet groźna, tym bardziej go to nakręca.
Dochodzi do tego, że wzięłabym go gdzieś w jakieś fajne miejsce, ale rezygnuję, bo już wiem, że będzie pajacował. Jeśli idę z nim sama, to zawsze z wózkiem. Próbowałam bez i zawsze żałowałam.
Pewnie jak wszystko, co związane z buntem dwulatka, ta głupawka spacerowa też minie. Ale przetrwać to - to tylko matki lub opiekunki wiedzą, co to znaczy. 

piątek, 28 sierpnia 2015

"No a jak głupku, gadam, latam, pełny serwis"

Zacznę od latania. Mrożące krew w żyłach wyczyny misia są na pewno przyczyną moich pierwszych siwych włosów (jakżeż, 28 lat i już???). SKACZE zawsze, wszędzie, ze wszystkiego, na wszystko, po mnie, na mnie, nieważne, stabilne - nuda, niestabilne - jazda!
Jest nie do upilnowania, ciągle się przewraca, uderza się. Proszę, krzyczę, karzę, proponuję inne zabawy. Nic. On musi.

Gada. Po rosyjsku. Bo ogląda Maszę po rosyjsku. 
- Franek, jeszcze tylko jedna Maszka i kąpać.
- Adin!

- Chcesz się przytulić?
- Kak.

Po polsku też trochę. Z każdym tygodniem coraz więcej słów. Jeszcze bez gramatyki. Ale dogadać się da.

No i pielucha. Na początku lipca przestałam zakładać mu pieluchę w ciągu dnia. W zasadzie tylko tydzień się obsikiwał, a potem zaczął pokazywać, że chce, a po trzech-czterech tygodniach mówić: si (na siku), a z dwa tygodnie temu: bam (na kupę). Pieluchy po nocy też już niewiele obsikane, czasem nawet zupełnie suche. Od września przyjdzie czas na totalne odstawienie pieluch. Późno? Nie sądzę. Przynajmniej nie była to tresura, ale nauka. Rok temu próbowałam go przekonać do nocnika, ale zupełnie nie czaił. Wytresować - pewnie bym wytresowała, jak szczeniaczka. Ale teraz sam się świadomie uczył rozpoznawać parcie na pęcherz. Na spokojnie, bez ciśnienia.

środa, 12 sierpnia 2015

o przezroczystości

Od bardzo dawna zastanawiam się, czy jestem niewidzialna na ulicy. Odkąd pamiętam, zawsze, ale to zawsze musiałam ustępować swojej drogi idącym z naprzeciwka. 
Chodnik, idę ja, jak Pan Bóg przykazał prawą stroną, przy krawężniku. Idzie grupa ludzi z naprzeciwka. Zbliżamy się do siebie, patrzę na nich, obserwuję, co zrobią. Nic. Gdybym w ostatniej chwili nie zeszła z chodnika, zderzylibyśmy się. 
Ale to tam. No cóż, niecharyzmatyczna jestem, niska samoocena robi ze mnie szybę. Ale tego jaskrawozielonego wózka, co go pcham, to też nie widać? 
Matko, jak mnie wkurza, gdy idę sobie swoim torem dość raźno przez pasy, a notorycznie wyprzedzają mnie inni ludzie i to tuż przed wózkiem, wskutek czego muszę albo zwolnić, albo się zatrzymać. Na środku pasów. No błagam. Nie wiem, czy ludzie myślą, że udręczona matka pchająca wózek nie jest w stanie iść tak szybko, jak reszta dwunożnych? Ja w ogóle chodzę szybko, a z wózkiem dostaję jeszcze jakiegoś przyśpieszenia. Jestem coraz bardziej przychylna swojemu własnemu pomysłowi, żeby ustanowić przed przejściami dla pieszych, tak jak przed skrzyżowaniami, odpowiednie pasy do poruszania się prosto, na lewo i prawo.

Druga sprawa - nie toleruję rowerzystów na chodnikach. Szlam i wodorosty! (że zacytuję kapitana Haka) Czy ja muszę zmuszać siebie i syna do chodzenia za rękę po chodniku, bo może zostać niezauważony i potrącony przez jadącego jakieś 20 km/h rowerzystę? Sama nieraz już byłam o włos od zderzenia. Sorencja - chodnik, jak sama nazwa wskazuje -służy do chodzenia. Wrrrrrr!

Ale tam, wypadki z udziałem pieszych to w sumie nic. Bo! Tadadadadadadam! Miś zaczyna GAAAADAAAAĆ!!!

Jakie to fajne :D. Jaki ma ładny głos. Jaki jest mądry.

Mój miś umiłowany.

środa, 8 lipca 2015

dwulatek na mszy

- Proszzszsz Państwa, to jest Dom Błooooży, a to dziecko (powiedziane z niejakim wstrętem) nie może szantażować innych, którzy chcą się w ciszy pomodlić. Proszszszszsz coś z tym zrobić. (wzdychając)
 
oniemieliśmy.
 
Miejsce: kościół dominikanów na Freta (tak, tam, gdzie zwykle jest bardzo duża tolerancja dla brykających maluchów)
Czas i okoliczności: kilka chwil przed mszą o 18:00, upały lipcowe
 
Akurat przed zwróceniem uwagi przez tę panią miś nie dokazywał zbytnio. Chodzili sobie z tatą z boku, coś tam sobie pod nosem świergolił, ale zdecydowanie w granicach normy.
Potem się rozstroił i rzeczywiście zaczął marudzić. W takich sytuacjach odizolowujemy go i prowadzimy a to do zakrystii, a to na zewnątrz.
Bo też uważam, że nie można pozwalać dziecku na zbyt dużo na mszy. Że ludzie muszą móc się skupić, móc słyszeć.
 
Tej pani nie miałam możliwości na spokojnie i szybko wytłumaczyć, że owszem dom Boży - czyli szczęśliwy dom dla wszystkich, dla dzieci też, że przyszła na mszę, czyli na obiad niedzielny do Ojca, nie na stypę. A czy w trakcie obiadu u ojca w szczęśliwym domu dzieci muszą siedzieć bez ruchu i cichutko? Nie byłby to szczęśliwy dom i kochający ojciec. Każdy chyba rozumie, że małe dziecko nie będzie siedziało nieruchomo przez całą mszę. Dopóki nie płacze, nie hałasuje albo nie biega po całym kościele bez kontroli, to należy uznać, że jest ok. Jeśli po prostu chodzi sobie w bocznej części kościoła z rodzicem, coś sobie mruknie, to nie ma potrzeby interweniować. Takie zachowanie jak tej pani, jakoś bardzo mnie dotyka i czuję się dyskryminowana. No bo czego ona od nas oczekiwała w tamtym momencie mówiąc: proszę coś z tym zrobić? Mieliśmy wyjść? Nie być na mszy? Bo mamy dziecko? Dziecko nie nadaje się do przynoszenia do kościoła? Czy mamy chodzić tylko i wyłącznie na msze rodzinne? Getto tego typu by tę panią uszczęśliwiło? Przykro mi było i zawsze jest, gdy ktoś ma do mnie pretensje ewidentnie niesprawiedliwie.

czwartek, 18 czerwca 2015

spokój

nie stwierdzono.
 
Ależ mnie denerwuje! Bunt dwulatka to koszmar. Z premedytacją, uparcie, z satysfakcją i dla śmichu. Wszystko na NIE. Najbardziej mnie wkurza jego wybrzydzanie z jedzeniem. Pół godziny przekonywania, straszenia, negocjowania, przekupywania, żeby potem zjadł wszystko w minutę bez cienia grymasu. Bo coś mu się w głowie przestawiło, bo dokończył procesu marudzenia. Trudno zachować cierpliwość, spokój, trudno nie krzyknąć. Jest kac potem. Ale to jest taka bezradność i wyczerpanie, że nie wierzę, że są rodzice, którzy przebywając ze zbuntowanym dzieckiem całe dnie, ani razu na nie nie krzykną.
 
Staram się wyluzować i stosować taktykę: tak? nie chcesz jeść? proszę bardzo, będziesz głodny. a do kolacji nie będzie podjadania.
 
Gdyby osiągał jakiś 50 centyl, to byłoby łatwiej. Ale ten paproch dotarł w wielkich bólach do 15 centyla. Więc jeśli opuszcza jakiś posiłek, to już w moich przewrażliwionych matczynych oczach pojawia się zagłodzone afrykańskie dziecko.
 
Byliśmy na urlopie. Taaa, kto był, to był. W sensie - tata miś rzeczywiście nie pracował, napawał się przyrodą i rodziną. Mama misia miała to co zwykle, tylko w przyjemniejszym otoczeniu. To tak, jakby tata miś wziął na urlop laptopa i pisał pozwy na szlaku. No, może trochę przesadzam. Ale na pewno nie miałam zupełnego odpoczynku od codzienności. Zwłaszcza że misiowi nie bardzo się ten wyjazd podobał. I nie jadł prawie w ogóle. Miał stan podgorączkowy nie-wiadomo-skąd przez trzy dni. Choroba lokomocyjna do tego. No i bunt ogólny. Niby fajnie, sporo po górach połaziliśmy i to było fajne, dotleniliśmy się, była przygoda. I chyba w sumie nie chciałabym go na ten czas zostawić babciom, dobrze, że był z nami, cieszę się. Ale jednocześnie gdy pomyśleliśmy sobie, jak by ten urlop mógł wyglądać bez niego, to trochę nam miny zrzedły... Powzięliśmy postanowienie, że na którąś sobotę i niedzielę musimy pojechać dokądś tylko we dwoje. Żeby odpocząć naprawdę, żeby nie wracać do hotelu o 20:00, żeby spokojnie zjeść pyszny posiłek w restauracji, i w ogóle przeżyć trochę spontanu, jak za dawnych czasów.
 








 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

taki już duży, taki jeszcze malutki

Mniej więcej osiemdziesiąt cztery razy dziennie doświadczam tego paradoksalnego uczucia, że misio ma już dwa lata, więc jest już taki duży, że jeszcze chwila i pójdzie do placówek, skończy się sielanka domowa, a jemu wcale nie będzie to bardzo doskwierać, bo się okaże, że fajnie jest z dzieciakami bez mamy. A jednocześnie, że jest jeszcze takim szkrabkiem, co ciągle nie gada, co jeszcze w pieluchach, co chce ciągle na rączki, ciągle przytulać i nie śpi całej nocy.
 
Cudowne to. A najciekawsze, że pewnie zostanie to nam, rodzicom, na zawsze. Duma z dojrzałości i rozczulenie z dziecięcości.
 
Może jakaś dziwna jestem, ale ze sto dwadzieścia osiem razy dziennie wzruszam się na widok swojego misia i zachwycam się tym, że on w ogóle jest.

wtorek, 31 marca 2015

i tak, i nie

 
Bardzo ciekawy artykuł. I nie chodzi o to, że się zgadzam. Do pewnego stopnia się zgadzam.
 
Zgadzam się, że dobra matka nie musi być wszechmogąca i wszechogarniająca. Że niebezpieczne jest dostosowywanie się do oczekiwań z zewnętrza rodziny. Że w miarę możliwości dobrze jest robić sobie dobrze, żeby nie zwariować.
 
Tylko że.
 
Każdy mówi/pisze z własnego punktu widzenia. Z własnego domu, z własnego małżeństwa. A przede wszystkim, to co od początku podkreślam, każdy ma inny egzemplarz dziecka. To, co jednej matce wyjdzie od razu bez większego trudu, inną matkę będzie kosztowało o wiele więcej czasu, zaangażowania, cierpliwości itd. Czytałam kiedyś jakiś wpis Anki Muchy, że niniejszym odszczekuje wszelkie "prawdy życiowe" i przyznaje, że nawet własne dzieci mogą tak się od siebie różnić, że to, co przy pierwszym było oczywistością, przy drugim jest niemożliwym do osiągnięcia szczytem. I niby ta sama matka, te same geny, a, cholerka, wyjść tak samo dobrze nie chce.
 
No bo co? Jak w praktyce wygląda matczyna asertywność?
Czy matka chorego dziecka powie mu - sory, teraz czas dla mnie, swój limit wyczerpałeś, ja muszę na jogę/spać/na wakacje?
Czy matka dziecka, które przez dwa lata przespało może kilkanaście razy całą noc, powie mu - sory, nie obchodzi mnie, że obudziłeś się o piątej i chcesz się bawić, ja mam w planie jeszcze co najmniej godzinkę snu, radź sobie?
Czy, gdy tak jak my mieszka w starej, niewygodnej kamienicy na trzecim, wysokim piętrze bez windy, powie - sorki, nie mam ochoty znowu telepać się z tobą w tę i nazad, i znowu łapać zadyszkę, zmieniać zapoconą koszulkę kolejny raz?
 
A zafiksowanie na tematy "parentingowe"? No cóż, dziecko to jest opus vitae, najgenialniejsze, co, mi przynajmniej, wydarzyło się w życiu, nie do porównania z niczym innym, o lata świetlne zostawiające w tyle wszystko inne, to jak mam nie być zafiksowana? Jasne, lubię pogadać tak-se-o-takich-tam, przeczytać książkę, obejrzeć film, serial, posłuchać muzyki, spróbować nowych wyzwań (np. nauka włoskiego), zadbać o swój wygląd i rozwój. Tylko, szczerze mówiąc, otoczenie zazwyczaj pyta mnie właśnie o dziecko, nie o książkę, muzykę czy włoski.
 
Bez przesady. Ja osobiście wpisuję pewną dozę zmęczenia i poświęcenia "w koszty" i uznaję, że warto i że dziecko tego potrzebuje. To moje macierzyństwo jest męczące, zwłaszcza wkurzające są te drobnostki codzienne, niekończące się, powtarzające się i dlatego ponarzekam czasem, żeby odreagować. No, ale co? Mam się stawiać, bo nie czuję się komfortowo? Za dobrze nam w życiu, za wygodnie. I, jakby podsumowała babcia taty misia, wyżej sramy niż dupy mamy.
Tak, nie musiałam poczynać i rodzić dziecka. Ale cieszę się, że dziecko jest. Dziecko wcale nie musiało nam się trafić takie, mogło być bardziej współpracujące. Ale nie na wszystko mam wpływ. Coś mi się jednak wydaje, że misio to takie ziarnko piasku, które uwiera małża, ale z którego powstanie perła.

poniedziałek, 30 marca 2015

Miiisiuuuu nieeeee

Jest od jakiegoś czasu faza pt. misiu nie.
 
Misiu nie biegaj po kanapie. Nie skacz po kanapie.  Nie skacz z wiadrem na głowie. Nie biegaj z kredką. Nie wchodź. Nie bierz. Nie jedz z podłogi. Itp.
 
Ciągle oboje mówimy do siebie NIE.
 
- Chcesz iść na spacer.
- Nie. (i biegnie do drzwi)
- Na zjeżdżalnię nie chcesz iść?
- Nie.(i przychodzi założyć buty)
- Chcesz pić?
- Nie. (i bierze kubek, i pije)
- Idziemy się bawić?
- Nie. (i biegnie do zabawek)
- Kochasz mnie?
- Nie. (i biegnie się przytulić)
 
- Na pewno nie?
- ... AAAA! (czyli tak)
 
Uparciuch, jak na dwulatka przystało. Ale coraz częściej udaje mu się wytłumaczyć, żeby zrobił coś po naszej myśli. Tylko trzeba spokojnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu, jasno powiedzieć. I najlepiej zagrozić karą. I wystarczy.
 
(Kara u nas wgląda tak, że gdy pomimo wielu próśb, tłumaczeń, miś tym bardziej i ewidentnie złośliwie nie ustępuje, jest przyprowadzany do kąta, gdzie ma spędzić minutę lub dwie. Potem jest tłumaczone za co to było i uścisk na zgodę.)
 
Może zmęczyć i wkurzać to profilaktyczne kwestionowanie wszystkiego. Ale nas najczęściej śmieszy. I potem, zamiast rozmawiać o ważkich sprawach, wspominamy, co tym razem zanegował i jak to NIE zaintonował.

wtorek, 17 marca 2015

5 porcji warzyw dziennie

uuuuu taaaaa
 
Nie ma szans. Może gdybym go tydzień przegłodziła i wtedy dała wege obiad, to by wszamał, ale tylko dlatego, że umierałby z głodu.
 
Próbuję mu dawać różna warzywa, ale z obrzydzeniem odwraca się, odpycha, wyrzuca najdalej jak umie.
Na razie akceptuje, choć w ostateczności, tylko marchewkę i ziemniaki. I co zrobię? Wmuszę? Mogę zachęcać, podawać w różnych formach, ale jeśli nie przemycę w czymś (w sosie, w kotlecie mielonym, w zupie), to takich warzyw luzem nie jadłby w ogóle.
 
Wszystkich produktów akceptowanych przez misia jest kilka, w porywach do kilkunastu. Pewnie to typowe. Gdy wspominam swoje dzieciństwo, to też byłam niejadkiem i nie chciałam próbować nawet czegoś nowego. Tata miś to samo.
 
Ale gromią zewsząd, że misie muszą jeść warzyyyyywaaaa! Warzywa to podstaaaaawaaaaa!
 
I masz znowu, mamo misiu, wielkie wyrzuty sumienia, że nie umiesz, nie ogarniasz, nie nadajesz się.
Natomiast cieszyć się możesz, że miś bardzo lubi ziarenka, czyli kasze i soczewicę. Który miś tak chętnie zajada soczewicę, się pytam? Albo kiszoniaka? Albo serek wiejski?
A ostatnio z ogromnym apetytem wciągnął pieczonego łososia i makaron z pesto.
 
Więc nie katuj i misia, i siebie tymi warzywami. Kiedyś może się przekona.

czwartek, 12 marca 2015

górki i dołki

Arghhhh...
 
- Misiu, boję się, że się wyczerpałaś. - stwierdził tata miś, gdy któregoś wieczora po kąpaniu nie byłam w stanie w ogóle rozmawiać i tylko leżałam z tępym wzrokiem utkwionym gdzieś na komodzie.
- Stupor??? - chciał jakoś mnie rozśmieszyć.
- Nie ma mnie tu. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
 
Dlaczego?
Bo "siedzenie w domu z dzieckiem" jest przeokropnie niewdzięczne. Nie mam na myśli oczywiście tego, że cudownie, wspaniale, genialnie jest obserwować rozwój swojego dziecka, doświadczać jego przywiązania, być przytulaną, obfrukiwaną, czuć, że jest się jego ostoją. To jest najlepsze na świecie. Tylko społeczny przekaz bardzo odbiera przyjemność z obcowania z własnym dzieckiem. To raz, a dwa - "siedzenie z dzieckiem" czasem wykańcza psychicznie. Bo ile dorosły człowiek jest w stanie:
- czytać w kółko te same książeczki (bo są dwie-trzy ulubione, reszta w niełasce)
- funkcjonować od posiłku do posiłku, a do posiłków zachęcać rozmaitymi metodami, bo dziecko-niejadek
- zamiatać podłogę srylion razy dziennie
- wysłuchiwać płaczów bez powodu, marudzenia bez powodu,
- negocjować, próbować tłumaczyć, dlaczego wchodzenie na stół nie jest dobrym pomysłem itp.
- ścierać siuśki z podłogi co kilka minut, wylewać siuśki z nocnika i płukać nocnik
- zmieniać majty, koszulki, skarpetki ku wielkiemu niezadowoleniu dziecka
- zabierać przedmioty, którymi dziecko nie powinno się bawić, a które jakimś cudem zawsze skądś wyciągnie oraz słuchać jego wrzasku
- powtarzać milion razy pod rząd tefałpejeden, gdy miś wskazuje na logo z tyłu książki i nie spocznie jęczeć, dopóki tego nie usłyszy
- zmywać naczyń stos kilka razy dziennie z uwieszonym do nóg misiem
- jeść własne posiłki albo na stojąco przy komodzie, albo z misiem na kolanach i ciągle zabierać mu łapki z talerza, gdyż przecież z talerza mamy wszystko nagle smakuje, trzeba tylko rozdziabdziać i powkładać paluchy w środek kanapki
- i jeszcze znosić mnóstwo innych niedogodności, na czele z ciągłym przebywaniem na podłodze w zgarbionej pozycji.
?
 
Do tego oczywiście jeszcze standard gospodarski, czyli zakupy, obiad, pranie itp. A wszystko z uwieszonym, marudzącym, przeszkadzającym dzieckiem u boku.
 
A jeszcze do tego to poczucie, że nie wychodzę "z pracy" tak jak tata miś wychodzi z kancelarii. Ja ciągle jestem "w biurze".
 
A jeszcze jeszcze do tego wszystkiego skok rozwojowy lub zęby, czyli pobudki w nocy co godzinę-dwie, w dzień drzemki na siłę i tylko półgodzinne.
 
I katar, i sraka, i brak apetytu.
 
I "nie" na wszystko.

wtorek, 24 lutego 2015

świat się nie zawalił,

a dziecko nie nosi znamion demoralizacji (jak jego matka) z powodu iż nie zasypiało w łóżeczku.
 
Czyli dziś o tym, żeby nie robić ciśnienia z tym zasypianiem.
Och, jakżesz wstyd było mamie misi, gdy musiała w towarzystwie przyznać, że jej miś nie zasypia sam w łóżeczku! Żeby jeszcze zasypiał w wózku na spacerze. Tak też zasypiał, ale tylko ciepłą porą. Najpierw, przez pierwszy rok jego życia, zasypiał albo przy cycku (haniebne!), na rękach (patologia!) lub ewentualnie w wózku (no, ewentualnie). Potem, gdy cycek (zaskakująco bezproblemowo, przypadek?) się skończył, zasypiał na rękach i w wózku (dopóki było ciepło).
I tak do niedawna.
Gdzieś od dwóch tygodni zaczął zasypiać w łóżeczku. Bez płaczów, spazmów, buntów (a to przecież 22 miesiąc). Po prostu. Tak samo było z cyckiem. Do pewnego momentu ssał jak szalony, tak że pierwszą miesiączkę dostałam po ponad roku od porodu. A pewnego dnia, jakoś oboje się niewerbalnie dogadaliśmy, że pora na zmianę. Jakoś wyczułam, że może już. I teraz tak samo. Przyszedł czas, miś dał mi znak ;). Nie wiem jaki. Ale któregoś dnia stwierdziłam, że dziś spróbujemy inaczej.
Pewnie, że byłoby nam prościej, gdyby zasypiał tak zawsze. I gdybym się bardziej postarała (czyli była odporniejsza na jego płacz i wyciąganie rączek), to zmusilibyśmy go szybciej, wytresowalibyśmy, wytrenowalibyśmy. Ale jakoś cieszę się, że tak nie było. Że musiałam się wstydzić, jak bardzo nie ogarniam. Bo teraz widzę, jak to wszystko naturalnie postępuje. Miś miał kiepsko w moim brzuchu, ciąża była powikłana, musiałam brać dużo różnych leków i trzy miesiące leżeć. Poród przez cesarskie cięcie, tydzień przed terminem, planowa operacja, akcja porodowa jeszcze się nie zaczęła. Nie dziwne, że był niedokołysany, że potrzebował bliskości, wtulania, ssania.
 
Poradniki można i warto czytać. Ale równocześnie pamiętać należy, że najważniejsze są potrzeby misia, niepowtarzalnego, który ma niestandardową historię i płodową, i połogową, i niemowlęcą, który ma rodziców z takimi a nie innymi ograniczeniami, generalnie - powtarzam jak mantrę - KAŻDE DZIECKO JEST INNE, każda rodzina jest inna. I jeśli ktoś coś powinien już robić, to mama i tata - kochać dziecko, wsłuchiwać się w nie, mądrze i niezależnie reagować na jego potrzeby.

niedziela, 15 lutego 2015

drobiazg świergoli

Jestem mamą misią. Czyli że mam misia małego w domu. Mały miś świergoli. Nie gada. Nie chce albo się wstydzi. Umieć - by umiał. Bo - czy mu za mało śpiewamy? A skąd! Czy za mało czytamy? Gdzie tam! Gadam do niego dużo, ale nie zagaduję (babcia to tak, jak najchętniej, powtarzać w kółko po milion razy). Jedyny mój grzech - puszczam mu dość sporo bajek. Ale niestety, nie umiem, jak w podręcznikach każą, być pomysłowa, zaangażowana, zawsze uśmiechnięta i spokojna codziennie od rana do wieczornego kąpania (bo tyle czasu jestem sam na sam z misiem), do tego zimową porą (spacery nie za koniecznie, plac zabaw odpada, sale zabaw ostatecznie, ale to zeeebraaaać się trzeba) i jeszcze zabawiać misia znudzonego już dobrze znanymi zabawkami, książeczkami.
Ale bez przesady, samo puszczanie bajek nie zrujnowałoby dążeń werbalnych dziecka. Ot, cóż, takie ma oprogramowanie.
 
Właśnie. Sprawa najważniejsza w całym tym przedsięwzięciu zwanym WYCHOWANIE.
Każde dziecko ma inne "oprogramowanie". Od poczęcia. Każde w innym tempie zalicza kolejne kroki rozwojowe. Jasne, rodzice swoje też dokładają. Ale też każdy rodzic jest inny, każda rodzina ma inne warunki, inne doświadczenia, inne pomysły. Niby jasne, ale ile razy dostaję komunikaty (nie zawsze wypowiedziane wprost, bo nie wypada), że miś powinien już coś robić, a nie robi, że, wzorem starszego znajomego dziecka znajomej mamy, na pewno zacznie coś robić wtedy a wtedy oraz w ten a nie inny sposób, że gdybym się bardziej wczuła, to już by to robił itp.
 
Oprogramowanie mój miś ma takie, że z każdym krokiem rozwojowym zwleka, mimo że już dużo wcześniej daje nadzieję na szybkie opanowanie jakiejś umiejętności. Ze świergoleniem było tak, że już jako trzymiesięczniak gaworzył i wydawał dźwięki odpowiadające niemal wszystkim spółgłoskom. Po szóstym miesiącu zamilkł. A raczej posiadł nową umiejętność - prukanie, frukanie z pluciem ;) i tak mu się to spodobało, że do tej pory nie powrócił do tych głosek, które wypowiadał dawniej. Jeśli do drugich urodzin nie zacznie wypowiadać celowo i świadomie chociaż kilku wyrazów albo dziecięcych słów wyrazopodobnych, to jasne, pójdę do logopedy, ale na razie muszę czekać cierpliwie i zachęcać go do gadania.
 
Po co o tym napisałam? Żeby mamy podobnych cwaniaków nie czuły się osaczone przez dumne mamy dzieci co to mówią pełnymi zdaniami i w ogóle są hej-do-przodu w każdej dziedzinie. To nie zawody. Pamiętajmy o tym i przytulmy z tej okazji (każda okazja jest dobra) nasze łobuziaczki świergolaczki.