Mniej więcej osiemdziesiąt cztery razy dziennie doświadczam tego paradoksalnego uczucia, że misio ma już dwa lata, więc jest już taki duży, że jeszcze chwila i pójdzie do placówek, skończy się sielanka domowa, a jemu wcale nie będzie to bardzo doskwierać, bo się okaże, że fajnie jest z dzieciakami bez mamy. A jednocześnie, że jest jeszcze takim szkrabkiem, co ciągle nie gada, co jeszcze w pieluchach, co chce ciągle na rączki, ciągle przytulać i nie śpi całej nocy.
Cudowne to. A najciekawsze, że pewnie zostanie to nam, rodzicom, na zawsze. Duma z dojrzałości i rozczulenie z dziecięcości.
Może jakaś dziwna jestem, ale ze sto dwadzieścia osiem razy dziennie wzruszam się na widok swojego misia i zachwycam się tym, że on w ogóle jest.