Bardzo ciekawy artykuł. I nie chodzi o to, że się zgadzam. Do pewnego stopnia się zgadzam.
Zgadzam się, że dobra matka nie musi być wszechmogąca i wszechogarniająca. Że niebezpieczne jest dostosowywanie się do oczekiwań z zewnętrza rodziny. Że w miarę możliwości dobrze jest robić sobie dobrze, żeby nie zwariować.
Tylko że.
Każdy mówi/pisze z własnego punktu widzenia. Z własnego domu, z własnego małżeństwa. A przede wszystkim, to co od początku podkreślam, każdy ma inny egzemplarz dziecka. To, co jednej matce wyjdzie od razu bez większego trudu, inną matkę będzie kosztowało o wiele więcej czasu, zaangażowania, cierpliwości itd. Czytałam kiedyś jakiś wpis Anki Muchy, że niniejszym odszczekuje wszelkie "prawdy życiowe" i przyznaje, że nawet własne dzieci mogą tak się od siebie różnić, że to, co przy pierwszym było oczywistością, przy drugim jest niemożliwym do osiągnięcia szczytem. I niby ta sama matka, te same geny, a, cholerka, wyjść tak samo dobrze nie chce.
No bo co? Jak w praktyce wygląda matczyna asertywność?
Czy matka chorego dziecka powie mu - sory, teraz czas dla mnie, swój limit wyczerpałeś, ja muszę na jogę/spać/na wakacje?
Czy matka dziecka, które przez dwa lata przespało może kilkanaście razy całą noc, powie mu - sory, nie obchodzi mnie, że obudziłeś się o piątej i chcesz się bawić, ja mam w planie jeszcze co najmniej godzinkę snu, radź sobie?
Czy, gdy tak jak my mieszka w starej, niewygodnej kamienicy na trzecim, wysokim piętrze bez windy, powie - sorki, nie mam ochoty znowu telepać się z tobą w tę i nazad, i znowu łapać zadyszkę, zmieniać zapoconą koszulkę kolejny raz?
A zafiksowanie na tematy "parentingowe"? No cóż, dziecko to jest opus vitae, najgenialniejsze, co, mi przynajmniej, wydarzyło się w życiu, nie do porównania z niczym innym, o lata świetlne zostawiające w tyle wszystko inne, to jak mam nie być zafiksowana? Jasne, lubię pogadać tak-se-o-takich-tam, przeczytać książkę, obejrzeć film, serial, posłuchać muzyki, spróbować nowych wyzwań (np. nauka włoskiego), zadbać o swój wygląd i rozwój. Tylko, szczerze mówiąc, otoczenie zazwyczaj pyta mnie właśnie o dziecko, nie o książkę, muzykę czy włoski.
Bez przesady. Ja osobiście wpisuję pewną dozę zmęczenia i poświęcenia "w koszty" i uznaję, że warto i że dziecko tego potrzebuje. To moje macierzyństwo jest męczące, zwłaszcza wkurzające są te drobnostki codzienne, niekończące się, powtarzające się i dlatego ponarzekam czasem, żeby odreagować. No, ale co? Mam się stawiać, bo nie czuję się komfortowo? Za dobrze nam w życiu, za wygodnie. I, jakby podsumowała babcia taty misia, wyżej sramy niż dupy mamy.
Tak, nie musiałam poczynać i rodzić dziecka. Ale cieszę się, że dziecko jest. Dziecko wcale nie musiało nam się trafić takie, mogło być bardziej współpracujące. Ale nie na wszystko mam wpływ. Coś mi się jednak wydaje, że misio to takie ziarnko piasku, które uwiera małża, ale z którego powstanie perła.