Jest od jakiegoś czasu faza pt. misiu nie.
Misiu nie biegaj po kanapie. Nie skacz po kanapie. Nie skacz z wiadrem na głowie. Nie biegaj z kredką. Nie wchodź. Nie bierz. Nie jedz z podłogi. Itp.
Ciągle oboje mówimy do siebie NIE.
- Chcesz iść na spacer.
- Nie. (i biegnie do drzwi)
- Na zjeżdżalnię nie chcesz iść?
- Nie.(i przychodzi założyć buty)
- Chcesz pić?
- Nie. (i bierze kubek, i pije)
- Idziemy się bawić?
- Nie. (i biegnie do zabawek)
- Kochasz mnie?
- Nie. (i biegnie się przytulić)
- Na pewno nie?
- ... AAAA! (czyli tak)
Uparciuch, jak na dwulatka przystało. Ale coraz częściej udaje mu się wytłumaczyć, żeby zrobił coś po naszej myśli. Tylko trzeba spokojnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu, jasno powiedzieć. I najlepiej zagrozić karą. I wystarczy.
(Kara u nas wgląda tak, że gdy pomimo wielu próśb, tłumaczeń, miś tym bardziej i ewidentnie złośliwie nie ustępuje, jest przyprowadzany do kąta, gdzie ma spędzić minutę lub dwie. Potem jest tłumaczone za co to było i uścisk na zgodę.)
Może zmęczyć i wkurzać to profilaktyczne kwestionowanie wszystkiego. Ale nas najczęściej śmieszy. I potem, zamiast rozmawiać o ważkich sprawach, wspominamy, co tym razem zanegował i jak to NIE zaintonował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz