czwartek, 12 marca 2015

górki i dołki

Arghhhh...
 
- Misiu, boję się, że się wyczerpałaś. - stwierdził tata miś, gdy któregoś wieczora po kąpaniu nie byłam w stanie w ogóle rozmawiać i tylko leżałam z tępym wzrokiem utkwionym gdzieś na komodzie.
- Stupor??? - chciał jakoś mnie rozśmieszyć.
- Nie ma mnie tu. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
 
Dlaczego?
Bo "siedzenie w domu z dzieckiem" jest przeokropnie niewdzięczne. Nie mam na myśli oczywiście tego, że cudownie, wspaniale, genialnie jest obserwować rozwój swojego dziecka, doświadczać jego przywiązania, być przytulaną, obfrukiwaną, czuć, że jest się jego ostoją. To jest najlepsze na świecie. Tylko społeczny przekaz bardzo odbiera przyjemność z obcowania z własnym dzieckiem. To raz, a dwa - "siedzenie z dzieckiem" czasem wykańcza psychicznie. Bo ile dorosły człowiek jest w stanie:
- czytać w kółko te same książeczki (bo są dwie-trzy ulubione, reszta w niełasce)
- funkcjonować od posiłku do posiłku, a do posiłków zachęcać rozmaitymi metodami, bo dziecko-niejadek
- zamiatać podłogę srylion razy dziennie
- wysłuchiwać płaczów bez powodu, marudzenia bez powodu,
- negocjować, próbować tłumaczyć, dlaczego wchodzenie na stół nie jest dobrym pomysłem itp.
- ścierać siuśki z podłogi co kilka minut, wylewać siuśki z nocnika i płukać nocnik
- zmieniać majty, koszulki, skarpetki ku wielkiemu niezadowoleniu dziecka
- zabierać przedmioty, którymi dziecko nie powinno się bawić, a które jakimś cudem zawsze skądś wyciągnie oraz słuchać jego wrzasku
- powtarzać milion razy pod rząd tefałpejeden, gdy miś wskazuje na logo z tyłu książki i nie spocznie jęczeć, dopóki tego nie usłyszy
- zmywać naczyń stos kilka razy dziennie z uwieszonym do nóg misiem
- jeść własne posiłki albo na stojąco przy komodzie, albo z misiem na kolanach i ciągle zabierać mu łapki z talerza, gdyż przecież z talerza mamy wszystko nagle smakuje, trzeba tylko rozdziabdziać i powkładać paluchy w środek kanapki
- i jeszcze znosić mnóstwo innych niedogodności, na czele z ciągłym przebywaniem na podłodze w zgarbionej pozycji.
?
 
Do tego oczywiście jeszcze standard gospodarski, czyli zakupy, obiad, pranie itp. A wszystko z uwieszonym, marudzącym, przeszkadzającym dzieckiem u boku.
 
A jeszcze do tego to poczucie, że nie wychodzę "z pracy" tak jak tata miś wychodzi z kancelarii. Ja ciągle jestem "w biurze".
 
A jeszcze jeszcze do tego wszystkiego skok rozwojowy lub zęby, czyli pobudki w nocy co godzinę-dwie, w dzień drzemki na siłę i tylko półgodzinne.
 
I katar, i sraka, i brak apetytu.
 
I "nie" na wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz