środa, 30 września 2015

ze skrajności w skrajność

Chodzi o uczucia. Albo mam nagłe, ponowne, milionowe zakochanie w tym łobuziaku, albo rozsadza mnie tak, że mało nie eksploduję. Zresztą, eksplozje bywają, nie umiem czasem powstrzymać się od krzyku. Tylko ten krzyk jest poprzedzony zawsze wielokrotnymi uwagami, prośbami, przekonywaniem, aż w końcu z bezsilności wjeżdża wrzask. Wrzask jest skuteczny, choć wiem, że zły.

Niech wreszcie się skończy ten durny etap bezsensownego buntowania się! Dziś dwie godziny walczył ze snem w ciągu dnia. Czasem pozwalam mu nie spać, gdy widzę, że jest w dobrym nastroju, jest pełen energii, dobrze się bawi, oczy ma wesołe. Ale są takie dni jak dziś, że ewidentnie by się przespał i odpoczął, na oczy ledwie widzi, chodzi i jęczy, marudzi, potyka się o własne nogi, ale zasnąć za cholerę. Ani sam w łóżeczku, ani na rękach. Ani śpiewanie nie pomaga, ani cisza, ani nic. Zdążyłam w międzyczasie strasznie zgłodnieć, zrobić obiad, dać mu obiad, sama zjeść, i dopiero potem płacząc w łóżeczku padł. Nie lubię tak. Wolałabym go do niczego nie zmuszać, żeby miał fajnie w tym domu. No ale nie użylibyśmy oboje do wieczora, gdyby nie pospał.

Teraz śpi, więc i ja dobrowolnie się poddam poduszce.

środa, 9 września 2015

jak dzidziuś w wózeczku

- Skoro nie umiesz chodzić za rękę jak duży chłopiec, to będziesz nadal jeździł jak dzidziuś w wózeczku.

Nie umiem zachować cierpliwości, spokoju, pogody ducha, gdy miś odstawia cyrki na spacerze. Chciałam go odzwyczaić od wózka, bo i wózek już ledwo zipie, no i dwuipółlatek jest już na tyle "dorosły", że mógłby chodzić samodzielnie. Ale miś wykorzystuje każdą okazję, gdy jest poza wózkiem, żeby się możliwie nieustannie buntować. Najchętniej by mi ciągle uciekał. To mu sprawia największą frajdę. Pół biedy, gdy ma taką fantazję na placu zabaw (ale bez huśtawek), bo to ograniczona przestrzeń, nic mu się raczej nie stanie. Ale w każdym innym miejscu nie mogę mu na to pozwolić, bo to niebezpieczne, a poza tym musi się nauczyć kulturalnie zachowywać. Tylko że im bardziej się denerwuję, im bardziej jestem stanowcza, a nawet groźna, tym bardziej go to nakręca.
Dochodzi do tego, że wzięłabym go gdzieś w jakieś fajne miejsce, ale rezygnuję, bo już wiem, że będzie pajacował. Jeśli idę z nim sama, to zawsze z wózkiem. Próbowałam bez i zawsze żałowałam.
Pewnie jak wszystko, co związane z buntem dwulatka, ta głupawka spacerowa też minie. Ale przetrwać to - to tylko matki lub opiekunki wiedzą, co to znaczy.