Zacznę od latania. Mrożące krew w żyłach wyczyny misia są na pewno przyczyną moich pierwszych siwych włosów (jakżeż, 28 lat i już???). SKACZE zawsze, wszędzie, ze wszystkiego, na wszystko, po mnie, na mnie, nieważne, stabilne - nuda, niestabilne - jazda!
Jest nie do upilnowania, ciągle się przewraca, uderza się. Proszę, krzyczę, karzę, proponuję inne zabawy. Nic. On musi.
Gada. Po rosyjsku. Bo ogląda Maszę po rosyjsku.
- Franek, jeszcze tylko jedna Maszka i kąpać.
- Adin!
- Chcesz się przytulić?
- Kak.
Po polsku też trochę. Z każdym tygodniem coraz więcej słów. Jeszcze bez gramatyki. Ale dogadać się da.
No i pielucha. Na początku lipca przestałam zakładać mu pieluchę w ciągu dnia. W zasadzie tylko tydzień się obsikiwał, a potem zaczął pokazywać, że chce, a po trzech-czterech tygodniach mówić: si (na siku), a z dwa tygodnie temu: bam (na kupę). Pieluchy po nocy też już niewiele obsikane, czasem nawet zupełnie suche. Od września przyjdzie czas na totalne odstawienie pieluch. Późno? Nie sądzę. Przynajmniej nie była to tresura, ale nauka. Rok temu próbowałam go przekonać do nocnika, ale zupełnie nie czaił. Wytresować - pewnie bym wytresowała, jak szczeniaczka. Ale teraz sam się świadomie uczył rozpoznawać parcie na pęcherz. Na spokojnie, bez ciśnienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz