środa, 19 grudnia 2018

na niewyspaniu

 Cześć, jestem Monika. Nie śpię od 18 miesięcy. 
Jako mama tzw. hajnida (high need baby) mogę zawstydzać wszystkich studentów, którzy zarywają noce w sesji, przybić piątkę z pracownikami służby zdrowia (choć oni po dyżurze, jeśli sami nie są rodzicami, mogą odespać) i poprawiać humor tym rodzicom, których dzieci budzą się w nocy dwa razy. 

Dwa razy... marzę o tym, żeby moje dziecko urządzało nocne pobudki tylko dwa razy! A najpierw marzę o tym, by dawało się usypiać bez pomocy mojej mleczarni. I by chciało spać w swoim łóżku,  a nie w naszym. Usiłowaliśmy to zmieniać, proponowaliśmy synowi noszenie, śpiewanie, szum suszarki, „lulanie” w różnych konfiguracjach osobowych. Nic. Badaliśmy go, czy przyczyna nie jest natury medycznej. Nic. Może alergia? Nie. Tylko mama i ssanie. 
Cóż, taki typ nam się trafił  i kropka. Z dobrodziejstwem inwentarza przyjęliśmy dziecko w końcu. 

Nie to, żebym narzekała. Jestem naprawdę przeszczęśliwa, że go mamy. Że jest ogólnie zdrowy. Tylko... jestem zmęczona. Zaniedbana. Zestresowana. Nieinstagramowa. Gdybym wkręciła się dalej w to narzekanie, doszłabym do wniosku, że moje życie jest bezwartościowe, że marnuję najlepsze lata na coś, co tylko mnie degeneruje. 

Ale na całe szczęście wiem coś o świecie, co ratuje mnie i moją rodzinę. Wiem, że to jest etap. Wiem, że nie będzie trwał wiecznie, o ile nie wydarzy się coś nieprzewidzianego. Wiem, że (uwaga, brzydkie słowo) poświęcenie, choć trudne i przytłaczające, daje najlepsze owoce. 

Perspektywa „Insta” każe skupiać się na chwili obecnej, ale w dziwny sposób – można i warto żyć pozytywnie „tu i teraz” bez katowania się przeszłością i mrzonkami o przyszłości, oczywiście. Natomiast w „instażyciu” chodzi o błyskawicznie uzyskaną nagrodę i wielkie emocje, porywające uczucia, przygody. Natychmiastowe dobre samopoczucie, świetny wygląd, rozwój. Ach, przede wszystkim sławne „bycie w zgodzie z samym sobą”. 

Z samym sobą – to kluczowe, dla mnie przerażające słowa. Obnażające kłamstwo  i powierzchowność „instażycia”. Gdybym była w zgodzie z samą sobą, dawno rzuciłabym to karmienie piersią, kupiła bilet na ciepłą wyspę, czytnik pełny Cherezińskiej (cudownie długa lektura) i farewell miss Iza, pisz do mnie na Berdyczów. Wróciłabym, gdyby ktoś mnie jeszcze wtedy oczekiwał, gdy dzieci będą już elokwentne, samodzielne, uzdolnione, tak żeby można się było tym chwalić na fejsbuniu. Któżby w tym czasie sprawił te wszystkie niezwykłości u moich dzieci? I czy sama z sobą, bez mojej nieidealnej rodziny, byłabym szczęśliwa? 

Poświęcamy się wszystkiemu, co uważamy za wartościowe. Rezygnujemy z jakiejś dozy komfortu dla ważnej sprawy. Jakąś „instahipokryzją” jest np. promowanie korporacyjnej harówy, która niszczy relacje rodzinne, dyskredytowanie zwykłego etatu „od-do”, umożliwiającego codzienny, pełnowartościowy kontakt z dziećmi. 

Tak, usłyszę, że we frazie „być zgodnym z samym sobą” chodzi o to, by indywidualnie zdecydować, co jest dla kogoś najważniejsze. By nie dać się zmusić do robienia tego, co nie jest czyimś powołaniem. To jest ta pozytywna interpretacja. Ale z reguły odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z innym rozumieniem – nie robić w życiu tego, czego nie chcę robić. Na pierwszy rzut oka mała różnica. Tylko że - jeśli potraktować ją dosłownie – zrezygnowalibyśmy z wielu niewygodnych przedsięwzięć. Żmudnych, wymagających cierpliwości, zainwestowania czasu, siły, bez gwarancji sukcesu lub z odroczonym poczuciem sukcesu. Nikt nie zostałby genialnym muzykiem, bo będąc w zgodzie z sobą, nie chciałoby mu się ćwiczyć godzinami grę na instrumencie. A w życiu prywatnym wielu by się rozwiodło (zresztą, tak przecież się dzieje), bo nie chciałoby im się wybrać na długą terapię małżeńską, nie chciałoby się naprawiać relacji, nie chciałoby się przeczekać trudnego okresu, gdy np. dzieci są małe i nie dają spać. 

W zgodzie z samą sobą jestem, gdy podejmuję te ważne decyzje zgodnie nie z moimi emocjami, ale z moją wiedzą na jakiś temat, często na przekór emocjom. A wyśpię się... kiedyś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz