Rok temu szykowałam się do wyjścia do szpitala. Wszystko spakowane co potrzebne i niepotrzebne, posprawdzane dziesięć razy. Była zima. Tak, 14 kwietnia było strasznie zimno. Jechałam do szpitala
w zimowej kurtce, szaliku, czapce, rękawiczkach i kozakach. Parę godzin wcześniej poszłam na mszę pierwszy raz od kilku miesięcy. Nareszcie wyspowiadałam się, przyjęłam Komunię. Droga do kościoła trwała 20 minut, choć normalnie pokonuję ją w jakieś pięć. Co chwilę łapały mnie skurcze i musiałam opierać się o mury budynków. No, ale, już następnego dnia poród, więc mogłam zaryzykować ten "spacer".
w zimowej kurtce, szaliku, czapce, rękawiczkach i kozakach. Parę godzin wcześniej poszłam na mszę pierwszy raz od kilku miesięcy. Nareszcie wyspowiadałam się, przyjęłam Komunię. Droga do kościoła trwała 20 minut, choć normalnie pokonuję ją w jakieś pięć. Co chwilę łapały mnie skurcze i musiałam opierać się o mury budynków. No, ale, już następnego dnia poród, więc mogłam zaryzykować ten "spacer".
W szpitalu dziwnie. Nigdy nie leżałam w żadnym, więc wszystko było dla mnie kompletnie nowe. Na Żelaznej warunki są, tak sądzę, bardzo komfortowe - i same sale odnowione, wygodne, przestronne (na patologii ciąży), łazienki jak w hotelu, pielęgniarki przemiłe. Pierwszym niemiłym doznaniem było założenie wenflonu. Nigdy nie miałam igły na stałe wkłutej w żyłę! Bolało. I tak sobie myślałam, że skoro tak mi doskwiera zwykły wenflon, to jak ja zamierzam przeżyć poród?
Mężunio był ze mną do wieczora.
Musiałam umyć się takim spirytusem w żelu, to pamiętam. Wieczorem i potem rano znowu.
A ta noc. O mamuńciu. Prawie nie spałam. Patrzyłam się w okno. Gadałam z Ewą na whatsappie, to mnie ratowało. I z mężuniem smsowałam. Nad ranem przyszła położna zrobić KTG. I Francio miał bardzo wolne tętno. Zaczęła majtać mi brzuchem, że aż bolało. Po jakimś czasie trochę przyspieszył. Żeby teraz był taki ospały w nocy!
Co za oczekiwanie. Minuty trwają godziny. I to uczucie, że dotarłam do granicy. Że życie zmieni się bezpowrotnie i że to cudowne. Że jeszcze czeka mnie jakiś zupełnie nadzwyczajny zabieg i to Życie, które do tej pory było schowane we mnie, pokaże się całemu światu, zobaczy samo cały świat, a kiedyś samo powtórzy to, czego myśmy dokonali. Misterium.
Spodziewałam się, że pewnie będę się potwornie bać i że nie będzie żadnych przeżyć tego typu, raczej fizjologiczna proza. Ale nie. O fizjologii prawie w ogóle nie myślałam. Ani mi nie doskwierała. Naprawdę napawałam się tym podniosłym dla mnie momentem. Bałam się też, ale tylko trochę. Na szczęście wszystko poszło sprawnie, dlatego mogłam skupić się na tym, na czym chciałam. Żadne zastrzyki i inne czynności medyczne nie wytrącały mnie z mojego przeżywania tych chwil.
Krzyk Franka. Ledwie zaczęła się operacja, a on już zakrzyknął. Pamiętam ten dźwięk i do tej pory zdarza mu się właśnie tak skrzeczeć. Krzyśkowi oczywiście powypadały telefony z kieszeni (!) i myślałam, żeby tylko tego dziecka nie upuścił :). Przyłożyli mi go do policzka i w tej chwili przestał płakać. Normalne niby, ale i tak wzruszające.
Potem zaczęły się dreszcze. To też normalne, ale nie wiedziałam, że tak się dzieje. To pierwsza z wielu rzeczy, o których jakoś nigdy nie usłyszałam, chociaż drążyłam tematy ciążowe dosyć poważnie. Potem jeszcze wiele podobnie nieomawianych problemików się przydarzało. Dreszcze trwały jakieś pół godziny po porodzie. Nie do opanowania. Nawet teraz, gdy gugluję te dreszcze, to nic na temat nie wyskakuje.
A potem, już gdy leżałam z dzieckiem w ciasnej sali trzyosobowej, przestało być tak miło. Tłumy gości przychodzących do pacjentek nie wiadomo po co. Chyba żeby poprzynosić ulicznego brudu, zarazków, nahałasować i utrudniać i tak trudne pierwsze doby matek z dziećmi. Tego w św. Zofii nie rozumiem i nie lubię. Wyszłam trzeciego dnia po porodzie. Pogoda wiosenna. Piętnastego już, gdy Franz się rodził, aura kompletnie się zmieniła. Takie znaki towarzyszyły nam tego dnia :D!
I wtedy zaczęło się to, co nazywam PRAWDZIWYM ŻYCIEM.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz